Polski system eduakcji jest żałosny - o prawdziwości tego stwierdzenia chyba nie muszę przekonywać nikogo. Składa się na to wiele czynników, jak m.in. istnienie gimnazjów, kiepskie techniki nauczania, czy sprawdzanie według klucza. Jest jednak jedna rzecz, która mnie szczególnie boli i o której chcę napisać.
Studiuję dwa kierunki. Powód jest dosyć prozaiczny - nienawidzę pierwszego, który wybrałem. Wiadomo, to ja popełniłem błąd, źle napisałem maturę z historii i nie mogłem iść na dzienne prawo. Zauważyłem jednak już na pierwszym semestrze jak bardzo nie chcę pracować w finansach i rachunkowości. To cholernie smutna robota, bo człowiek spędza mnóstwo czasu na wypełnianiu nudnych i żmudnych zadań. Żałuję, że jestem w tym punkcie edukacji i że nie mogę tego odkręcić. Ważne jest jednak co dało mi do zrozumienia, że te działki nie są dla mnie.
Na moim poprzednim blogu kilka razy wypowiadałem się na temat studenckiej organizacji AIESEC. Nie mam o niej zbyt pochlebnego zdania, ale poza umiejętnościami wyniosłem też wiedzę na jeden bardzo ważny temat. Odkryłem w jakich działkach nie chcę pracować.
Czemu nie odkryłem odpowiedzi na to pytanie podczas studiów? Niemal wszystko, co robimy na uniwerku to pieprzona teoria. Wiadomo, warto mieć jakiś podkład teoretyczny do swoich przyszłych działań, ale przecież pracodawcy nie szukają kogoś, kto potrafi obliczyć IRR, czy jakiś inny wskaźnik na kartce. Taka wiedza jest zazwyczaj gówno warta, tyle zauważyłem podczas pracy w prawdziwej firmie. Pracodawca oczekuje wysokich umiejętności komunikacyjnych, rzetelności i jakości od pracownika, a nie jakiejś jałowej wiedzy.
Mam dosyć faktu, że uczą nas starzy ludzie na podstawie jeszcze starszych książek. Niektóre rzeczy się nie zmieniają, ale bawi mnie wręcz fakt, że osoba mająca ponad 60 lat i średnio dająca sobie radę z telefonem ma mnie nauczyć czegoś na temat mediów społecznościowych. I to tylko teorii na dodatek.
Nie mamy okazji do zdobycia kluczowego dla nas doświadczenia zawodowego, bo nikt jeszcze nie zaważył w MENiS, że pracodawcy chcą tych, którzy faktycznie coś potrafią, a nie znają się w teorii.
Jeśli mógłbym cofnąć czas, to nigdy nie szedłbym na finanse i rachunkowość na UE Wrocław, bo już teraz widzę, że uniwersytety faktycznie kształcą bezrobotnych. Wcale nie chodzi tu o to, czy kierunek jest dobry, tylko, czy coś potrafisz. I tego oświata nie widzi i dalej stara się tłoczyć w nas swoje przereklamowane metody i wartości.
Pieprzyć szkołę. A, zapomniałbym. Darmowe praktyki to kuresko ponury żart.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz